niedziela, 29 maja 2011

NIESPODZIANKA!!!

Była już ósma, ale nie bardzo się tym przejmowałam. Chciałam z kimś pogadać. Wiedziałam, że on mnie zrozumie. Przecież tyle już w życiu przeszedł. Mogłam mu zaufać- czułam to.
Biegłam w strugach deszczu, ale wreszcie dotarłam do domu mojego nowego przyjaciela. Moi rodzice nie sprzeciwiali się temu spotkaniu- powiedzieli, że muszę odreagować. Byłam im za to wdzięczna. Oczywiście nic im nie mówiłam na temat tego, z kim się umówiłam- jeszcze by sobie coś pomyśleli.
Nagle ktoś otworzył drzwi. Urocza staruszka uśmiechnęła się do mnie szeroko i skinęła ręką w zapraszającym geście. Pół minuty później obok nas pojawił się Kuba.
- Cześć!- przywitał się
- Hej!- odpowiedziałam
- Babciu, pozwól, że zajmę się naszym gościem. Wracaj do salonu i obejrzyj coś sobie- zwrócił się do swojej opiekunki
- Piotrusiu, kochaniutki, upiekłam ciasteczka. Idźcie do pokoju, a ja wam wszystko przyniosę. I nic nie mów. Mam jeszcze trochę siły. Chyba nie chcesz mnie urazić, co?
- Sprytnie, babciu, baaaardzo sprytnie. Niech ci będzie. Dziękuję.- kiedy to powiedział pocałował ją w rękę. Ten gest był niezwykle ujmujący.
Weszliśmy do środka. Kuba zaprowadził mnie do swojego lokum. Duże i przestronne pomieszczenie robiło na mnie ogromne wrażenie. Dębowe łóżko i stare biurko, olbrzymia szafa i mnóstwo innych dodatków świetnie ze sobą współgrały, dając obraz gigantyzmu, co zapierało mi dech w piersiach.
- Wow!-wykrztusiłam- tak tu pięknie. Staroświecko, ale i nowocześnie. Cudownie.- pochwaliłam pomieszczenie
- Dzięki. Moja babcia ma talent. To był pokój mojego taty. Większość rzeczy jest jego. Cóż...
- Mnóstwo wspomnień...
- To dobrze. Reminiscencje są bardzo ważne w życiu każdego człowieka. Także w moim.
Uśmiechnęłam się. Zgadzałam się z nim w 100%.
- KUBA? Mogę cię o coś zapytać?
- Dawaj...
- Dlaczego twoja babcia nazwała cię Piotrem?
- Wiedziałem, że będziesz chciała o to zapytać. Hmmm... Mój dziadek nazywał się Piotr. Piotr było też drugim imieniem mojego taty.... i moim.
- Więc ty też masz drugie imię? Fajnie. Czyli mogę mówić na ciebie Piotr, tak?
- Oczywiście. Będzie mi miło, Tosiu.
- Jako jedyny ze wszystkich moich znajomych nazywasz mnie Tosią.
- Wolałabyś: Mania?
- Nie. Wcale nie. Tosia jest równie... Tosia jest dla mnie równoznaczna z Manią.
- Tosiu... kiedy do mnie dzwoniłaś, to mówiłaś, że... że coś się stało.
- Tak. Chodzi o to, że...
- Przyniosłam wam przekąskę i coś do picia.- przerwała nam starsza pani
- Dziękujemy- natychmiast zareagowałam
- Dziękujemy, babciu. Jesteś kochana- powiedział Kuba, przejmując od kobiety tacę ze smakołykami.
- Oj, dzieci! Nie ma za co. Już, już. Zostawiam was samych. Pa!- i wyszła
- Kontynuuj, a ja cię słucham.
- Piotr, chodzi o to, że Sara zdradziła mojego tatę, a on się do nas przeprowadził i rozmawiał z mamą, i wtedy mama go przytuliła, a on tak na nią patrzył, jak dawniej... a ja...
- ... a ty masz teraz nadzieję, że oni do siebie wrócą?- zgadł
- Taaak. Emm... Wiem, że nie powinnam. Chociaż mam wrażenie, iż oni nadal coś do siebie czują, rozumiesz?
- Tosiu, nadzieję zawsze warto mieć, ale z tym wiąże się pewne ryzyko. Przecież twoje marzenie może się rozpłynąć w ciągu jednej sekundy. Jeśli coś nie pójdzie po twojej myśli, to się zawiedziesz.
- Elokwentny to twoje trzecie imię?- zażartowałam
- Zawsze byłem dobry z polskiego. - zawtórował mi- ... wracając do meritum...
- Piotr, ja zdaję sobie z tego sprawę. Dam radę. Już tyle razy byłam poddawana różnym próbom i złudzeniom. Zawiodłam się i to nie raz. Ja tylko chcę, żeby byli szczęśliwi, ale za dobrze ich znam. I jeden i drugi jest uparty jak osioł!
- Jesteś niesamowita!
- Co? Dlaczego?- zdziwiłam się
- Czy ty kiedykolwiek myślisz o sobie? Jak nie Kasią, to rodzicami się zajmujesz. Gdzie ty jesteś?
- Oni się mną opiekują, a ja nimi. Taka transakcja wymienna. Jestem im to winna.
- ... i do tego odpowiedzialna, błyskotliwa, inteligentna oraz uparta- po rodzicach
- Hahahaha... Ach, Kubuś, Kubuś...
- Czemu postanowiłaś właśnie ze mną o tym porozmawiać?- zapytał nagle
- Cóż, masz ogromne doświadczenie życiowe i wiedziałam, że mogę ci zaufać.
- Nie spodziewałem się tego. Zwłaszcza, że na samym początku nie bardzo się między nami układało.
- Wiem, wiem... przepraszam. Byłam taka oschła. To moja broń.
- Broń?
- Tak. Należę do kobiet, które uczą się na błędach innych, a nie tylko na swoich. Taka empatia. Sparzyłam się nie raz za pośrednictwem Kasi i mamy.
- OK. Łapię. Ale to dobrze, bo przynajmniej byle kto nie będzie ci zawracał w głowie.
- Myślisz?
- No jasne.
- Rozmawiamy tylko o mnie. Jestem egoistką! Opowiedz mi coś o sobie. Oprócz tego, że mącisz dziewczynom w głowie za pomocą aparycji, to... czym jeszcze się zajmujesz?
- Ja? Mącę dziewczynom w głowie? Ach ty, ty! Uczę się. Trochę piszę...
- Piszesz?
- Tak, lecz nie pamiętnik. I nie biografię. Raczej książkę. Tak dla wprawy.-wyznał
- To wspaniale! Większość chłopaków w twoim wieku jest gburowata i choć to przykre, ale również należy do analfabetów.
- Wiem. Wolałem tego uniknąć, jeżeli chodzi o mnie.
- Nie ma szans. Głupota się ciebie nie ima.
- Dziękuję.
- Ależ nie ma za co. Mów dalej...- zachęciłam go
- ... no i najprawdopodobniej po liceum udam się do seminarium.
S-Z-O-K !!!
- Że co?! Jak to?
- Normalnie. Tylko ty i babcia o tym wiecie. Ona podobnie zareagowała, bo stwierdziła, że jestem "jedyną szansą na przedłużenie rodu". Musiała się z tym pogodzić. Choć zajęło jej to troszkę czasu...
- To kiedy poczułeś powołanie?
- Dwa lata temu.
- Aha. Nie bój się- nikomu nie powiem.
- Byłbym wdzięczny.
- Dlaczego akurat mi...?
- Szczerość za szczerość. Plus oczekuję z twojej strony aprobaty i przyjacielskiego wsparcia.
- Możesz na mnie liczyć.
- To bardzo dużo dla mnie znaczy.
- Piotr?
- Tak?
- Czy mogę... przytulić cię?
- Oczywiście. Chodź.- zachęcił mnie gestem dłoni
Podeszłam do niego i poczułam się bezpieczna. Jego ramiona były dla mnie ostoją spokoju. Nie chciałam iść, ale czas dawał o sobie znać. Podziękowałam za wszystko i wróciłam do siebie. Rodzice o nic nie pytali. Siedzieli w salonie i gawędzili przy włączonym telewizorze i płonącym kominku. Atmosfera była cudowna. Znowu nabrałam chęci do życia. Mama chyba też.

sobota, 28 maja 2011

Wszystko dzieje się taaak szybko!!!

Boże! Dlaczego? Dlaczego się tak dzieje? Czemu dobrzy ludzie muszą cierpieć za grzechy innych? Jakim prawem tym ludziom odbierane jest życie? Dlaczego ich rodziny są na to wszystko skazane?! Przyznaję: NIE ROZUMIEM !!!
Dzień jak co dzień. Ten wolny tydzień zleciał mi bardzo szybko. Większość czasu spędziłam w szpitalu. Widok kroplówek, typowych łóżek i ten specyficzny zapach stały się nieodłączną częścią mojego życia. Wiedziałam, że będę musiała się z tym pogodzić.
Cudowna, słoneczna niedziela i świadomość, że trzeba będzie iść do szkoły, wytłumaczyć przyjaciołom, dlaczego przez cały ten czas nie dawałam znaku życia, zdawała się tworzyć kontrast z tym niezwykłym porankiem. Wyskoczyłam z sypialni jak z procy i wykonawszy wszystkie domowe czynności pojechałam do mamy (do piątku spałam w tamtej placówce razem z nią, a potem wróciłam do siebie- mama mi kazała!).
- Dzień dobry, mamo!- wykrzyknęłam, kiedy dotarłam na miejsce
- Witaj, kochanie! Mam dla ciebie dobrą wiadomość.
- Taaak? A jaką?
- Wracam dziś do domu! Wiesz, ten rak został dosyć wcześnie wykryty, więc wszystko idzie w dobrym kierunku.
- Mamo! To wspaniale!!!! Wow! A tata wie?
- Nie. Nie musi, bo to nie jego sprawa.- odpowiedziała spuszczając oczy
- Ale... powinnaś mu powiedzieć.
- Nie! I nie wracajmy do tego! Twój tata musi się teraz zająć Sarą. Między nimi ostatnio się nie układa.
- Aha- wybąkałam
- I proszę cię, żebyś nie próbowała żadnych sztuczek, skarbie.
- Dobrze.
Godzinę później byłyśmy już w domu. Przez dłuższy czas zastanawiałam się, co mam zrobić. W końcu coś postanowiłam...
- Mamuś, wychodzę!
- Żadnych głupot!- ostrzegła
I wyszłam. Po drodze zbyłam kilka telefonów od swojej kochanej przyjaciółki i od.... od Kuby. Miałam plan. Musiałam to zrobić. A gdzie szłam? Jako nieposłuszna córka udałam się do swojego ojca- wbrew woli matki.
Dwie ulice później byłam już przy domu taty i Sary. Dziwne... Nikt nie zakluczył drzwi. Postanowiłam, że zrobię im niespodziankę, wejdę do salonu i krzyknę: MAMA JEST W DOMU!!!
Niestety, coś pokrzyżowało mi plany. Stanęłam w przedpokoju i przysłuchiwałam się ich kłótni.
- Kochanie, zrozum!!!- krzyczała Sara
- Czego ty ode mnie oczekujesz?! Jakiejś aprobaty?! O co ci chodzi?!
- No zrozum, no!!! Ciebie nigdy nie ma w domu! Teraz jeszcze doszła twoja żona... Nie miałeś dla mnie czasu.
- A on miał?! To cię nie usprawiedliwia! Kto to? Kim on jest?
I wtedy uderzyło to we mnie jak grot. Ona go zdradziła! O nie! Wazon się stłukł! Zobaczyli mnie! Uciekłam...
- Tosia! Tosiu!- wołał za mną tata
- Marek, a co z nami?!
- Z nami? Nas już nie ma, Sara! Teraz przepraszam, ale muszę zająć się córką.
- No jasne! Leć za nią!
Sama w to nie wierzyłam. Tyle nieszczęść. Tyle smutku...
- Kochanie!- krzyczał ojciec
- Tato.. tak mi przykro. To moja wina... - mówiłam przez łzy
- Co? Nie, to nie twoja wina. Z Sarą już dawno się nie układało. Teraz już wiem, że to koniec. Proszę cię tylko, żebyś nie mówiła nic mamie. Nie chcę jej denerwować. A właśnie, wracasz od niej?
- Tato... mama jest w domu.
- To cudownie! Chodźmy do niej!
- No nie wiem... Może tego nie widzicie, ale jesteście do siebie bardzo podobni. Jedno nie chce martwić drugiego.
- Rozumiem. W takim razie powinienem jej wyznać prawdę.
- Niech tak będzie.
DOM. Matko!!! Tata powiedział, co mu leżało na sercu. Podsłuchiwałam z góry.
- Dlaczego? Marek... To twoja wina. Przepraszam, ale...
- Co?! Jak możesz tak mówić?! Ty ją bronisz!
- Marek! Już nie pamiętasz dlaczego się rozstaliśmy? Bo to praca zawsze była na pierwszym miejscu!
- Ale ty mnie nie zdradziłaś!
- Nie, ale... trzeba wybaczać.
- Joasiu, zawsze miałem cię za najmądrzejszą kobietę, ale ja nie potrzebuję w tej chwili twoich sprawiedliwych wyroków, opinii, tylko wsparcia.
- Och, Marek! Chodź...- i przytuliła go.
W tym momencie na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Po raz pierwszy od tygodnia. Wiedziałam, że to TEN moment. Wiedziałam, że jest dla nich szansa, ale byłam wtedy tylko siedemnastolatką balansującą na granicy dorosłego życia. Choć przez te wydarzenia poczułam się jak rówieśniczka swojej babci- mam na myśli doświadczenie życiowe- to nadal byłam tylko nic nierozumiejącym dzieciakiem.
Tata został u nas na noc. Mama przygotowała dla niego pokój gościnny. Z rana już go nie było. Mama zaproponowała mu, żeby zamieszkał z nami przez jakiś czas, więc po południu przyszedł już z walizkami. Nie chciał słuchać o możliwości powrotu do Sary. Nie było jej na miejscu, kiedy zabierał swoje rzeczy...
SZKOŁA (tymczasem) : ...
- Mańka, Mańka! Stój!- chwyciła mnie za ramię Kasia- Oczekuję jakichś wyjaśnień...
- Tosia!- to Kuba biegł w naszą stronę
- Dobrze, że jesteś. Sama nic z niej nie wyciągnę.
- Tosiu, dlaczego nie dawałaś znaku życia? Odchodziliśmy od zmysłów...- zwrócił się do mnie Kuba
- Jeden tydzień, a tyle się zdarzyło...- wybąkałam
- Chcesz nam o tym opowiedzieć?- zapytał
- Nie. Nie chcę, ale wiem, że muszę wam zaufać.
- Więc? Mańka! Mów!- rozkazała Kasia
Opowiedziałam im wszystko pokrótce. Wspomniałam też o Sarze i tacie, ale nie nie nawiązałam do swoich nadziei na lepszą przyszłość dla rodziców.
Lekcje minęły dość szybko. Kasia i Kuba zobowiązali się mnie odprowadzić pod same drzwi.
Rozstaliśmy się bez zbędnych komentarzy. Ich pełne współczucia miny troszeczkę mnie dobijały.
A wieczorem? Kiedy odrobiłam już lekcje, miałam chwilkę dla siebie. Podobało mi się to, że rodzice rozmawiali ze sobą wieczorem. W mojej głowie pojawiła się nowa wizja: ja, mama i... tata- razem. Musiałam się z kimś tym podzielić. Z Kasią? Nieeee...
- Halo?- odezwał się jakiś męski głos
- Kuba?
- Tak.
- Możemy się spotkać?

piątek, 6 maja 2011

To za dużo, jak na jeden dzień!!!

Godzina 16.30, a ja czekam na Kasię pod tą głupią kawiarenką! A mogłam pojechać na te zakupy! Co ja wyrabiam? No co?! Gdzie ona jest?! Super, jakiś gościu na motorze, starszy pan na rowerze, o jest! Samochód Kasi! Czarny chevrolet zatrzymał się przy krawężniku i wybiegła z niego wystrojona dziewczyna. Tak właściwie to wystrzeliła jak z procy!
- I co? I co? Jest już? Jest już?- pytała zadyszana Kasia
- Nie wiem, nie wiem!- odpowiedziałam podwójnie- Mieliśmy się spotkać w środku.- wyjaśniłam
- Aha. No to...
- Cześć dziewczyny!- krzyknął jakiś chłopak biegnący w naszą stronę.
- Cześć!- odpowiedziałyśmy jednocześnie
- Emmm.. to jest moja przyjaciółka Kasia, a to Kuba- przedstawiłam ich sobie
- Witam przyjaciółkę!- powiedział, ściskając jej dłoń
- Witam przyjaciela!- zawtórowała Kasia
- Wejdziemy do środka?- zapytał
- Może zamówmy coś i posiedźmy na zewnątrz?- zaproponowała Kasia
- Czemu nie! Co myślisz?- zwrócił się do mnie
- Jestem za- odparłam
- Czego chcecie się napić, dziewczyny?
- Wszystko jedno
- Mi też
- OK. Trzy razy cola, proszę!- krzyknął do kelnerki, kiedy byliśmy już w środku
Piękna blondynka a niebieskich oczach, obsługująca klientów, bardzo szybko przyniosła nam nasze napoje i obdarowała uśmiechem. Podziękowaliśmy jej, po czym odeszła.
- Śmiało! Pytajcie, o co tylko chcecie- zachęcił nas
- OK. Em... masz dziewczynę?- zainteresowała się Kasia. Oczy wyszły mi na wierzch, a nie powinnam się dziwić. W końcu to Kasia. Musiałam doprowadzić się do porządku i szybko wyszłam z szoku, ale nie omieszkałam się zganić ją swoim spojrzeniem.
- No co?- szepnęła, na co ja wywróciłam oczami
- Nic się nie stało. Odpowiedź brzmi: nie, nie mam i nie miałem dziewczyny- taka odpowiedź w pełni usatysfakcjonowała moją przyjaciółkę
- Dziwne...- wybąkała tylko
- Dlaczego? - spytał z powagą w głosie- Czy jest coś złego w byciu samotnym?
- Cóż, zależy dla kogo. Ja na przykład nie mogę być samotna. Za to Mańka...
- Hej!- zwróciłam jej uwagę jednocześnie ją kopiąc
-Aua...- jęknęła cicho- Muszę wyjść, zaraz wracam- poinformowała nas
-OK.
- Tosiu? Mogę się tak do ciebie zwracać?- zapytał, a ja dałam mu na to zgodę uśmiechem- super, więc... dlaczego zgodziłaś się na to spotkanie?- zapytał
- A dlaczego ty mi je zaproponowałeś?
- Aha, rozumiem. Bawimy się w odpowiadanie pytaniem na pytanie. Cóż, intuicja- wiedziałem, że się dogadamy
- OK. Teraz moja kolej... Hmmm... Dobrze ci patrzy z oczu.
- Nie wyglądasz mi na osobę, która kieruje się przeczuciami
- Pozory mylą, a ja jestem na to najlepszym dowodem
- Wierzę. Zrobiłaś to z litości?- wypalił
- Co?! Nie! Nieeeee... yyy... To nie w moim stylu. Dlaczego tak pomyślałeś?
- Większość osób patrzy na mnie z takim politowaniem i współczuciem, że...
- Dziwisz się? Znaczy nie chodzi mi o litość, ale o współczucie?
- Nie wiem. To nie pomaga. Sama wiesz...
- Wiem, ale mam odrobinę empatii i potrafię zrozumieć, że ci ludzie chcą jak najlepiej. Powiedz, chcesz porozmawiać o wypadku, czy może się pokłócić? Wiesz co? Muszę iść. Pa!
Wyszłam z kawiarenki pełna oburzenia. Nie mogłam uwierzyć w to, co się przed chwilą stało!
- Poczekaj! Hej! - wołał za mną- Przepraszam!- wydusił, kiedy już mnie dogonił
- W porządku. Po prostu nie lubię, kiedy ktoś tak ze mną rozmawia. Czuję się wtedy, jakby ktoś mną manipulował! - wyjaśniłam
- Naprawdę żałuję. Jestem strasznym egoistą. Dlatego... ja tylko chcę uniknąć przyjaźni z litości. Taki wywiad miał mi w tym pomóc, ale nie mam pojęcia, czemu to zrobiłem, bo ty przecież najlepiej wiesz, co przeżyłem.
- Nie przejmuj się mną. Łatwo się unoszę. Tyle że ja na serio muszę już spadać.
- Spotkamy się jeszcze? Obiecuję zero wywiadów. Hm?
- Dobrze.
- A dałabyś mi swój numer telefonu?
- Masz mnie na facebook'u. Na razie wystarczy, że będziemy się kontaktować w taki sposób. Szybkie przyjaźnie równie szybko się rozpadają, pamiętaj.
- Rozumiem. Trafny argument. Do zobaczenia!
- Cześć!
Wracałam i zapomniałam o Bożym świecie. I o Kaśce! Szybko wyjęłam komórkę i napisałam do niej SMS'a, w którym wyjaśniłam wszystko pokrótce.
Niedługo dotarłam do domu. Drzwi były zamknięte. Widocznie mama nie wróciła jeszcze od swojej przyjaciółki.
Mój pokój był w nienaruszonym stanie. Zastałam go takim, jakim opuściłam. Książki wciąż znajdowały się w różnych kątach mojego pokoju, a łóżko było zaścielone. Lubiłam porządek i nie uważałam, żeby książki stanowiły jakiś element bałaganu. Wzbogacały wnętrze i dodawały mu powagi. Uwielbiałam POTOP, choć wszyscy się temu dziwili. Czytałam to z pięć razy i zawsze poruszała mnie postać Kmicica. Był dla mnie uosobieniem idealnego faceta, chociaż idealny nie był.
Nie miałam nic do roboty. Nie musiałam odrabiać lekcji ani się z niczego uczyć. Co prawda miałam u siebie telewizor i kablówkę, ale wolałam pooglądać coś na dole, gdzie połowę wschodniej ściany salony zajmowała ogromna plazma. Postanowiłam coś przekąsić. Nie zauważyłam nawet, jak bardzo zmęczył mnie ten dzień. Tyle się wydarzyło. Zyskałam nowego przyjaciela i jak zwykle pojawiła się obawa, że może wyniknąć z tego coś więcej, a ja tego nie chciałam. Cóż, pozostało mi wierzyć w urok osobisty Kasi, ale nie wiedziałam jeszcze, co też Kuba tak naprawdę kombinuje. Myśląc o tym wszystkim podeszłam do lodówki i zaczęłam analizować środki, dzięki którym mój żołądek mógłby poczuć zbawienny wpływ jedzenia. Hmmm... sałatka grecka? To jest to! Wyciągnęłam ze środka miskę i poczęłam jeść prosto z niej, nie bacząc na wszelkie zasady dobrego wychowania. Ymmm. Odstawiłam z powrotem resztki posiłku i usiadłam na kanapie wykonanej z materiału, którego nazwy nie mogłam zapamiętać. Ważne, że było miękko. Komfort- to, co się liczy najbardziej dla zapracowanej mamy i jej córki. Po obejrzeniu kilku odcinków KSD zadzwoniła komórka.
- Halo?
- Cześć, kochanie...- wyszeptał tata
- Cześć, tato!- wykrzyknęłam uradowana- Czy coś się stało, bo masz taki dziwny głos...?
- Skarbie, musimy poważnie porozmawiać- oznajmił mi tym tonem, który zwiastował same nieszczęścia
- Dobrze. Kiedy?
- Najlepiej zaraz. Jestem w drodze. Pa - i się rozłączył
- No pa...- powiedziałam
Zaczęłam się niepokoić. Co też mogło się stać? Najróżniejsze wizje stawały mi przed oczami. Widziałam moją ukochaną i jedyną babcię, której to synem był mój tata. Widziałam, że dzieje się z nią coś niedobrego. Błagam... nie!
Nagle usłyszałam dźwięk dzwonka. W drzwiach stał mój tata pogrążony w smutku.
- Co się stało? Coś z babcią?!- powróciłam do swoich straszliwych wizji
- Nie, z babcią w porządku. Chodzi o twoją mamę, skarbie. Postanowiliśmy, że ja ci to powiem. Przejdźmy może do kuchni.
Tata wziął mnie za rękę i doprowadził do odpowiedniego pomieszczenia. Usiedliśmy naprzeciwko siebie, a on wciąż nie puszczał mojej ręki i kontynuował:
- Widzisz, Joanna była dzisiaj u mnie. Pewnie myślałaś, że wciąż jest u cioci.
- Tato, do rzeczy! Bo zaraz zemdleję!
- Joanna, twoja mama...
- Wiem, jak ma na imię moja mama!
- ... ma raka.
- Co?!
- To dlatego wzięła wolne. Czeka ją operacja i naświetlenia. Na szczęście wcześnie to wykryli, więc...
- Gdzie ona teraz jest?
- W szpitalu. Musi tam zostać przez jakiś czas. - powiedział- Chcesz do niej teraz pojechać?
- Tak...
Było już ciemno. Latarnie rozświetlały drogę, wtórując pobliskim sklepikom. Myślałam tylko o mamie. Modliłam się z różańcem w ręku, żeby to był tylko taki straszny sen. Błagam! Ja chcę się obudzić! Szczypanie nie pomogło. Wciąż znajdowałam się w tym koszmarze. Nawet nie uroniłam łzy, bo nie byłam w stanie. Szok blokował moje narządy. Zachowywałam się trochę jak zombie i nic, żaden bodziec ze świata zewnętrznego nie był w stanie do mnie dotrzeć.
Nie zauważyłam nawet, kiedy znaleźliśmy się na miejscu. Tata wysadził mnie z samochodu i poprowadził do odpowiedniej sali. Po drodze kilka pielęgniarek informowało nas o jakichś głupich przepisach i pytało i mało istotne rzeczy. Pamiętam tylko, że miałam na butach kapcie ochronne, a na ramionach zawieszony specjalny fartuch. I wtedy ją zobaczyłam! Natychmiast otrzeźwiałam!
- Mamo! Mamo!- wołałam, biegnąc w kierunku jej łóżka.
Wciąż była tą samą piękną kobietą o niemalże czarnych oczach i równie ciemnych włosach. Szczupła sylwetka mojej młodej mamy zlewała się ze szpitalnym łóżkiem i tworzyła z nim jedność. W tej chwili wydała się być tak kruchą i słabą istotą. Miałam nadzieję, że wola walki w niej wygra.
- Córciu. Nie martw się.- starała się mnie pocieszyć- nie płacz- mówiła, wycierając moje mokre policzki swoimi zimnymi i długimi niczym u pianisty palcami. Nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęłam płakać. Potoki łez spływały po mojej twarzy.
- Nie przejmuj się mną mamo. Dlaczego mi nie powiedziałaś? Czemu? Od kiedy wiesz o tym, że... że...?- nie mogłam tego wykrztusić
- Od dwóch miesięcy.
- Więc od wakacji...
- Nie chciałam ci ich psuć.
- Dlatego wyjechałyśmy na tak długo?
- Tak.
- Przepraszam, mamuś. Zaraz wrócę.
Wyszłam na korytarz, gdzie czekał na mnie tata.
- Chodź. Odwiozę cię do domu- zaproponował, oplatając mnie ramieniem
- Nie. Zostanę tu. Jest taka możliwość, prawda?- zwróciłam się do pielęgniarki
- Oczywiście, kochanie. Przygotuję ci łóżko obok twojej mamy. To prywatny szpital, dlatego będziecie miały więcej swobody- dodała
- Dziękuję. Tato, mam tydzień wolnego. Dam sobie radę, nie musisz...
- Cześć wam!- usłyszeliśmy
- Sara? Co ty tu robisz?- zdziwiłam się. To, że była żoną byłego męża mojej mamy nie pozostawało w konflikcie z ich przyjaźnią.
- Kochani... Tak się martwiłam. Odchodziłam od zmysłów. - wyjaśniła- A jak długo będzie musiała tu zostać?
- Tydzień.- odpowiedział krótko i oschle tata. Dało się zauważyć jakieś spięcie między tą dwójką, ale nie miałam czasu ani sił, a tym bardziej już ochoty nad tym rozmyślać.
- Czyli, że z wyjazdu nici?- zapytała smutno
- Daj spokój z tym wyjazdem, Sara!- krzyknął tata
- Marek... o co ci chodzi?
- O nic! O nic...- uspokoił się już trochę- Po prostu to takie błahe, a my mamy poważniejsze problemy.
- Przepraszam.
- Ja też.
- A tak właściwie to jaki to rodzaj raka?- spytałam
- Białaczka.
- Babcia też to miała. I umarła.
- Zginęła w wypadku. To nie to samo... Babcia Stasia przyjedzie do twojej mamy jutro z samego rana.
- Dobrze.
- My już uciekamy. dzwoń, jakbyście czegoś potrzebowały.
- Dzięki.
Pożegnałam ich i wróciłam do mamy...

niedziela, 1 maja 2011

WSTĘP

Cześć! Mówią na mnie Mania. Praktycznie nie mam nic związanego z tymi postaciami, które kreuję, chociaż może trochę... Wszystko, co napiszę to fikcja (większość: historia, niektóre miejsca, zachowania ludzi itp., itd.). Dzięki za wenę!!!!
***

Jak mogę komuś pomóc, skoro sama nie jestem w stanie zmierzyć się z własnymi problemami?Tak, mam problemy- jak każda nastolatka. I co z tego, że mój dowód tożsamości wskazuje na to, że jestem dorosła, jeśli tak naprawdę wciąż należę do świata nieporadnych dzieci? UGH!!!
Moi rodzice są po rozwodzie. Niedługo minie już siódmy rok, odkąd się rozstali. Przestali się kochać i tyle. I weź tu wierz w prawdziwą miłość? Tata ma nową żonę- Sarę, starszą od mamy o dwa lata. A mama? Cóż, postanowiła dać się wciągnąć w wir pracy. Jako pani adwokat świetnie sobie radzi z własną kancelarią i podwładnymi, chociaż czasem strasznie mi jej brakuje. Taaa, pracoholiczka!
Podobno mam to po niej. Tak twierdzi tata. Aha, imiona rodziców to: Marek i Joanna. Ja jestem Antonina Marianna Karmel. Zwykle wołają na mnie: Mania, ale moja ukochana i jedyna babcia mówi do mnie: Karmelek. Dziwne, hę? Może ;) Ważne, że mi pasuje.
Mieszkam w Kazimierzu Dolnym. Uwielbiam to miasto!!! Mam wielu przyjaciół, lecz tylko jedną najlepszą psiapsiółkę: Kasię. Trzymamy się razem od przedszkola. Teraz też jesteśmy w tej samej klasie. Nasze cudowne liceum słynie z, na pozór, sympatycznych gości. Wystarczy dłużej z nimi pobyć i już wiesz, jacy są w realu. Maski opadają i widzisz potwory.
Pierwszą klasę jakoś przeżyłyśmy. Ledwo, ale udało się! Druga klasa... START!!!
Już cztery razy dzwoniłam do Kasi. Przez nią spóźnimy się do szkoły! Mama, jak zwykle była na nogach od piątej. Zrobiła naleśniki i kakao. Coś się nie zgadzało... Na stole znajdowało się śniadanie, a na krześle siedziała... moja mama! Cud! O tej porze za zwyczaj już znikała z domu. Uśmiechała się do mnie zza stołu.
- Dzień dobry, kochanie!- przywitała mnie
- Heeej...- odpowiedziałam, nieco zdezorientowana
- Widzę po twojej minie, że coś nie gra.
- Mamo, postanowiłaś poświęcić więcej czasu rodzinie, czy jak?
- Właśnie tak. Kancelaria równie dobrze będzie prosperowała nawet jeśli zmniejszę ilość czasu, który tam spędzam. Zabieram cię na zakupy, dziś popołudniu. Jest piątek, więc...
- Serio? TAK! TAK! TAK! Kocham cię, mamo!
- Ja ciebie też. Podwieźć was do szkoły?- zaproponowała.
- Jakbyś mogła.
- Jasne. Czekam w samochodzie.
Nie mogłam uwierzyć własnym uszom i innym narządom!!! Moja mama ma dla mnie czas! A może to tylko piękny sen, z którego zaraz się obudzę i przytłoczy mnie ciężar rzeczywistości? Nie! Jest jeden sposób, żeby to sprawdzić...
- Auuaaa!!!- krzyknęłam
- Eeee... dlaczego się szczypiesz?- spytał ktoś z tyłu
- Kasia! Hej! Ja tylko sprawdzam, czy przypadkiem jeszcze nie śpię.- wyjaśniłam
- Aha. Dziwne, ale cóż poradzić. To co? Idziemy?
- Jedziemy. Moja mama nas podrzuci.- widząc jej zdziwioną minę, dodałam: ... bo ma więcej czasu dla mnie.
- I to dlatego postanowiłaś praktykować sado-maso, tak? OK. Teraz wydaje się to nieco mniej dziwaczne.
- Dziękuję? Nieważne. Chodź. Wolę nie ryzykować. Jeszcze mi matka zwieje.- zażartowałam, biorąc przyjaciółkę pod pachę.
Trzy pierwsze lekcje, jak zwykle zaczęły się od powtórnego zapoznawania nas z PSO. Śmiertelnie się nudziłyśmy. Nie można było nawet poplotkować, bo trwał polski, a my siedziałyśmy na pierwszej ławce! W dodatku nauczycielką była najgroźniejsza pani profesor, z jaką kiedykolwiek miałam do czynienia. Jednak, pomimo tego bijącego od niej chłodu, byłam w stanie ją polubić i podziwiać za tę jej mądrość i sztukę podporządkowywania sobie uczniów jednym spojrzeniem.
- Ona naprawdę przypomina mi mojego brata...- szepnęła Kasia
- Że co?- nie bardzo wiedziałam o co jej chodzi
- No tak. Kiedy Marcin przebrał się za czarownicę wyglądał identycznie- wyjaśniła
- Kaśka! Hahahahaha!- zarechotałam cicho
- Czy ja wam w czymś przeszkadzam, moje panie?- zwróciła się do nas profesor Roztocka
- Nie- wybąkała Kasia
- Absolutnie- dodałam z naturalną dla siebie powagą i szacunkiem, jakim darzyłam tę nauczycielkę
- To dobrze. Wracając do meritum...- kontynuowała
- Słyszałaś? "Meritum"... Zaczęło się używanie słownictwa nie na naszym poziomie.- skwitowała Kasia
- Kochana, lepiej już nic nie mów, bo wylecimy za drzwi. I pozwól, że nie skomentuję twojej uwagi na temat naszego poziomu inteligencji. A tak nawiasem, to ja wiem, co to słowo oznacza- dodałam z nutką triumfu w głosie
- Jak zawsze. Jak nie z siebie, to z ciebie mogę być dumna. - zażartowała.
Od słuchania kolejnych punktów zawartych w regulaminie uratował nas dzwonek.
- Długa przerwa! Idziemy na dwór, czy do kawiarenki?- spytała Kasia
- Do kawiarenki, a potem na dwór- powiedziałam
- Wow!
- Co jest?- spytałam niczego nieświadoma
- O Boże! Nie! To on Nim jest!!!!
- Kaśka! O co ci chodzi?
Wskazała tylko palcem i wtedy zrozumiałam. Podążyłam wzrokiem za jej palcem i już wiedziałam.
- Kasiu, to tylko jakiś nowy chłopak. Nie jest taki zły, ale opanuj się!- wrzasnęłam w końcu i kilka głów odwróciło się do mnie. - Słuchaj, on jest nowy i dlatego wzbudza zainteresowanie. Kupimy coś i spadamy na dwór.- oznajmiłam
- O nie! Zostajemy!- rozkazała
- Jak sobie chcesz. Ja wracam do klasy.
- Hej! Chcesz mnie tu samą zostawić? Przecież to takie ciacho...- umilkła na chwilę- zaraz, zaraz... czy to przypadkiem nie u nas na czwartej godzinie lekcyjnej miał się pojawić jakiś nowy uczeń?- przypomniała sobie
- Może... Ale on miał tylko o sobie opowiedzieć. Bo jest starszy o rok. - dodałam
- Och! No tak! Jaka szkoda! To niy dlaczego nam ma o sobie opowiadać?- zapytała
- A ja wiem? To idziemy?
- Daj popatrzeć- prosiła
- Będziesz miała na to cały rok. Zbieramy się- zakomenderowałam
- Ostatni raz...
- No dobra! Nie rozumiem jednego. Jeszcze niedawno kochałaś się w Kamilu. Potem byliście ze sobą przez trzy miesiące i go znienawidziłaś. Warto znowu się w to pakować?
- Daj spokój! To nie ja unikam facetów jak ognia.
- Ja ich nie unikam. Po prostu...
- Co: po prostu?
- Ja po prostu unikam cierpienia.- odpowiedziałam- i tobie też to radzę.
- Gdybyśmy robiły to samo, to nigdy byśmy się nie dogadały, bo w przyjaźni chodzi o to, żeby się różnić- odpyskowała
- I masz ty rację!- odparłam
Nastała dłuuugo oczekiwana lekcja WOS-u, na której to ów chłopak miał nam się zaprezentować
- Cisza! Cisza! Jarek! Wyrzuć tę gumę!- rozkazał profesor Drapiński- nauczyciel starej daty, wymagający posłuszeństwa i pokory- lubiłam go. - Jak wiecie na dzisiejszej lekcji pojawi się ktoś nowy. Panie i panowie, oto Jakub Wojciechowski. Sam wam wszystko wyjaśni- po czym profesor zasiadł za swoim biurkiem i zajął się jakimiś papierami.
- Cześć! Mówcie mi Kuba.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że robiąc te maślane oczy zachowujesz się identycznie jak tamte panienki, które są w niego wpatrzone jak w obrazek?- szepnęłam do Kasi
- Nic mnie to...- usłyszałam tylko- Ciii...
- Pewnie zastanawiacie się, dlaczego tu jestem. Bez zbędnych wstępów... Kojarzycie z czymś datę 11 września 2001? Dwie wieże? - wszyscy tylko kiwnęli głowami- Tak myślałem. Ja tam byłem. Leżałem pod tymi gruzami jakieś paręnaście godzin. Jak widać- żyję... ale moi rodzice nie. Byliśmy wtedy w odwiedzinach u wujka, który mieszkał w Stanach od dwudziestego roku życia. Nagle usłyszeliśmy jakiś huk i pamiętam wystraszone oczy mamy. Ostatnie wspomnienie. Nie współczujcie mi, proszę. Wolę, jak się uśmiechacie. A, że opowiadam tę samą historię już czwarty raz dzisiaj, toteż błagam... nie róbcie się tacy smutni. Na czym to ja? Aha... Byłem nieprzytomny przez jakieś pięć godzin. Nie wiem.. Jak to dziecko- byłem też nieco przerażony. Nie krzyczałem jednak. Zacząłem szukać swoich rodziców. Wokół panowały egipskie ciemności i nic się nie poruszało. Kilka sapnięć jakiegoś nieznanego człowieka... Ani śladu rodziców. Potem znalazłem ciało taty. Nie oddychał, a oczy miał otwarte. Czułem, że na mnie patrzy, jakby specjalnie ich nie zamknął, bo wiedział, że go znajdę i że to mi pomoże przetrwać, bo miałem wrażenie, iż nade mną czuwa. Błogi spokój, a potem sen. Kilka godzin później dotarły do mnie jasne promyki słońca. Słyszałem czyjeś krzyki: "Ktoś tam jest! Tutaj! Szybko!". Nie wiem, co było dalej- straciłem przytomność... Następnego dnia obudziłem się w szpitalu. Pielęgniarka oznajmiła mi, że moi rodzice nie żyją. Wujek zresztą też nie ocalał. Lekarze mówili, że to cud. Przecież powinienem być martwy. Wyobraźcie sobie, co ja czułem, skoro wszyscy mówili po angielsku: i strażacy, i lekarze. Na szczęście znam ten język bardzo dobrze. I w tamtej chwili też go znałem, bo rodzice już o to zadbali. Jestem im niezmiernie wdzięczny za wszystko. Pod skrzydła wzięli mnie dziadkowie, których rodzinną miejscowością był właśnie Kazimierz. Zamieszkali w Warszawie- w naszym domu, kiedy... TO się stało. Pewnie dziwi was to, że dopiero teraz wylądowałem w Kazimierzu? Że to bez sensu? Tak na ostatni rok nauki? Może... Zmarł mój ukochany i jedyny dziadek, a babcia chciała go tu pochować. Wszystko stało się jeszcze w pierwszym semestrze drugiej klasy licealnej, ale babcia nie miała serca mnie wtedy zabierać i mieszać w głowie. Jeszcze jedno- ja nie jestem jednym z tych ludzi, którzy głoszą swoje świadectwo po całym kraju. Opowiadam to tylko wam, na prośbę profesora Drapińskiego. Nie każę wam wierzyć w Boga. Nie ma przymusu. Ja wierzę i się tego nie wstydzę. On mnie nie raz ratuje z opresji. To wszystko. Dziękuję.
Nagle w sali zapanowała cisza. Po kilku minutach wszyscy zaczęliśmy klaskać. To, co ten chłopak przeżył było nie do pojęcia. Wiem jak się czuł... przynajmniej w jednej czwartej.
Dzwonek...
- Wow! On był niesamowity! Jak ja mu współczuję!- powiedziała Kasia
- Wiem..- jęknęłam
- Przepraszam. Jestem bez uczuć! Hej! To wy macie wspólny temat!
- No wiesz? To nawet nie wypada...
- Antonino!- zawołał mnie do siebie pan profesor, jednocześnie przerywając rozmowę z Kasią
- Tak?
- Poznajcie się: Antonina, Kuba, Kuba, Antonina.
- Mania- poprawiłam
- Witaj Maniu- zwrócił się do mnie Kuba
- Cześć!
- To ja was zostawię, bo macie wspólne tematy. Taka terapia wam się przyda.- powiedział Drapiński i wyszedł, ciągnąc ze sobą ciekawską Kasię.
Zmarszczyłam na te słowa brwi.
- O jaką terapię mu chodzi?- spytał rozbawiony Kuba
- Nie mam zielonego pojęcia- odparłam
- ... a jeśli chodzi o te wspólne tematy, to..?
- Em... Ja... Hemmm... Bo ja też kogoś straciłam. W tym ataku terrorystycznym.
- Och. Tak mi przykro.- słychać było, że mówi szczerze
- To nic w porównaniu z tym, co ty przeszedłeś. Ja straciłam tam dziadków...
- ... a ja rodziców. Nie umniejszaj ich godności i znaczenia. Dziadkowie są równie ważni. Nasze cierpienie było podobne.
- Wow! Nie wiedziałam, że chłopak potrafi tak o tym mówić.
- Jeśli to komplement- dziękuję
- Uuu... Amm... To dzwonek na lekcje. Powodzenia! Musze lecieć na matematykę.- oznajmiłam i odwróciłam się do niego plecami
- Poczekaj. Hmmm... Porozmawiamy potem, co?- zapytał z nadzieją w głosie i zatrzymując mnie
- To będzie moja ostatnia lekcja, a potem spotykam się ze swoją mamą, więc...- właśnie teraz, kiedy mama oprzytomniała i przypomniała sobie, że ma córkę , musiał zjawić się on...ugh!!!
- Nie przejmuj się.- uśmiechnął się tylko
- Mam czas w sobotę. Moglibyśmy się spotkać. Ty, ja... moja przyjaciółka Kasia.
- I przyjaciółka. Chętnie spotkam się z przyjaciółką. - zażartował- Mogę prosić o twój numer?
- Mogę znaleźć cię na facebooku? O ile go masz...- wymigałam się od wymieniania się telefonami
- Na facebooku, hę? Rozumiem. Pewnie, że go mam. Takie czasy.
- To.. do zobaczenia!
- Na razie!
I pomknęłam na kolejny wykład z nuuuudnej matmy.
Po lekcjach przyjechała po mnie mama. Nie byłam miłośniczką buszowania po sklepach (zwłaszcza, że z Kasią, to średnia przyjemność), ale z mamą jestem gotowa na wszystko!
- Dziwne...- powiedziała mama, kiedy zmierzałyśmy w stronę centrum.
- Co takiego?- zainteresowałam się
- Kasia napisała mi SMS-a. ...
- Przecież często to robi. Co w tym dziwnego?- zastanowiłam się
- Chodzi mi o jego treść. Napisała, że odrzuciłaś propozycję spotkania się z jakimś chłopakiem z powodu buszowania po sklepach ze mną. To prawda? - popatrzyła nam mnie uśmiechnięta mama
- No... tak. Po prostu bardziej zależy mi na tobie niż na tym kolesiu- wyjaśniłam
- Podobno to nie jest tylko zwykły "koleś"...- drążyła temat mama, co było mi nie na rękę, a potem wszystko jej opowiedziałam.- Kochanie, samo to, ze wybrałaś spotkanie ze mną, niż z tym chłopcem sprawia mi wielką radość. Zakupy możemy zawsze zrobić. Choćby jutro, czy w niedzielę. Mam tydzień wolnego. Zresztą ty chyba też, tak?
- No przecież!!!- rozpromieniłam się na samą myśl. To dziwne- tydzień wolnego po pierwszym tygodniu nauki... odpowiedź: niedokończony remont! Na szczęście nie będziemy musieli nadrabiać, bo zawsze goniliśmy z materiałem i wyprzedziliśmy znacznie pierwszą klasę, więc...
- Moja droga, zawracamy się! Zmiana planów! Ty się z nim spotykasz, a ja zobaczę się z ciocią Zosią (mamą Kasi- one też przyjaźnią się od małego- mama Kasi jest dla mnie jak ciocia, a dla Kasi tę samą funkcję pełni moja mama). Dzwoń do niego! No przecież nie każę ci się z nim zaraz całować. Weź ze sobą Kasię. Chwila... ty nie masz jego numeru. No, mogłam się tego spodziewać, ale cóż...
- Mamo...
- Znajdź go na facebooku!- poleciła i zawróciłyśmy się w kierunku naszego domu.