Cześć! Mówią na mnie Mania. Praktycznie nie mam nic związanego z tymi postaciami, które kreuję, chociaż może trochę... Wszystko, co napiszę to fikcja (większość: historia, niektóre miejsca, zachowania ludzi itp., itd.). Dzięki za wenę!!!!
***
Moi rodzice są po rozwodzie. Niedługo minie już siódmy rok, odkąd się rozstali. Przestali się kochać i tyle. I weź tu wierz w prawdziwą miłość? Tata ma nową żonę- Sarę, starszą od mamy o dwa lata. A mama? Cóż, postanowiła dać się wciągnąć w wir pracy. Jako pani adwokat świetnie sobie radzi z własną kancelarią i podwładnymi, chociaż czasem strasznie mi jej brakuje. Taaa, pracoholiczka!
Podobno mam to po niej. Tak twierdzi tata. Aha, imiona rodziców to: Marek i Joanna. Ja jestem Antonina Marianna Karmel. Zwykle wołają na mnie: Mania, ale moja ukochana i jedyna babcia mówi do mnie: Karmelek. Dziwne, hę? Może ;) Ważne, że mi pasuje.
Mieszkam w Kazimierzu Dolnym. Uwielbiam to miasto!!! Mam wielu przyjaciół, lecz tylko jedną najlepszą psiapsiółkę: Kasię. Trzymamy się razem od przedszkola. Teraz też jesteśmy w tej samej klasie. Nasze cudowne liceum słynie z, na pozór, sympatycznych gości. Wystarczy dłużej z nimi pobyć i już wiesz, jacy są w realu. Maski opadają i widzisz potwory.
Pierwszą klasę jakoś przeżyłyśmy. Ledwo, ale udało się! Druga klasa... START!!!
Już cztery razy dzwoniłam do Kasi. Przez nią spóźnimy się do szkoły! Mama, jak zwykle była na nogach od piątej. Zrobiła naleśniki i kakao. Coś się nie zgadzało... Na stole znajdowało się śniadanie, a na krześle siedziała... moja mama! Cud! O tej porze za zwyczaj już znikała z domu. Uśmiechała się do mnie zza stołu.
- Dzień dobry, kochanie!- przywitała mnie
- Heeej...- odpowiedziałam, nieco zdezorientowana
- Widzę po twojej minie, że coś nie gra.
- Mamo, postanowiłaś poświęcić więcej czasu rodzinie, czy jak?
- Właśnie tak. Kancelaria równie dobrze będzie prosperowała nawet jeśli zmniejszę ilość czasu, który tam spędzam. Zabieram cię na zakupy, dziś popołudniu. Jest piątek, więc...
- Serio? TAK! TAK! TAK! Kocham cię, mamo!
- Ja ciebie też. Podwieźć was do szkoły?- zaproponowała.
- Jakbyś mogła.
- Jasne. Czekam w samochodzie.
Nie mogłam uwierzyć własnym uszom i innym narządom!!! Moja mama ma dla mnie czas! A może to tylko piękny sen, z którego zaraz się obudzę i przytłoczy mnie ciężar rzeczywistości? Nie! Jest jeden sposób, żeby to sprawdzić...
- Auuaaa!!!- krzyknęłam
- Eeee... dlaczego się szczypiesz?- spytał ktoś z tyłu
- Kasia! Hej! Ja tylko sprawdzam, czy przypadkiem jeszcze nie śpię.- wyjaśniłam
- Aha. Dziwne, ale cóż poradzić. To co? Idziemy?
- Jedziemy. Moja mama nas podrzuci.- widząc jej zdziwioną minę, dodałam: ... bo ma więcej czasu dla mnie.
- I to dlatego postanowiłaś praktykować sado-maso, tak? OK. Teraz wydaje się to nieco mniej dziwaczne.
- Dziękuję? Nieważne. Chodź. Wolę nie ryzykować. Jeszcze mi matka zwieje.- zażartowałam, biorąc przyjaciółkę pod pachę.
Trzy pierwsze lekcje, jak zwykle zaczęły się od powtórnego zapoznawania nas z PSO. Śmiertelnie się nudziłyśmy. Nie można było nawet poplotkować, bo trwał polski, a my siedziałyśmy na pierwszej ławce! W dodatku nauczycielką była najgroźniejsza pani profesor, z jaką kiedykolwiek miałam do czynienia. Jednak, pomimo tego bijącego od niej chłodu, byłam w stanie ją polubić i podziwiać za tę jej mądrość i sztukę podporządkowywania sobie uczniów jednym spojrzeniem.
- Ona naprawdę przypomina mi mojego brata...- szepnęła Kasia
- Że co?- nie bardzo wiedziałam o co jej chodzi
- No tak. Kiedy Marcin przebrał się za czarownicę wyglądał identycznie- wyjaśniła
- Kaśka! Hahahahaha!- zarechotałam cicho
- Czy ja wam w czymś przeszkadzam, moje panie?- zwróciła się do nas profesor Roztocka
- Nie- wybąkała Kasia
- Absolutnie- dodałam z naturalną dla siebie powagą i szacunkiem, jakim darzyłam tę nauczycielkę
- To dobrze. Wracając do meritum...- kontynuowała
- Słyszałaś? "Meritum"... Zaczęło się używanie słownictwa nie na naszym poziomie.- skwitowała Kasia
- Kochana, lepiej już nic nie mów, bo wylecimy za drzwi. I pozwól, że nie skomentuję twojej uwagi na temat naszego poziomu inteligencji. A tak nawiasem, to ja wiem, co to słowo oznacza- dodałam z nutką triumfu w głosie
- Jak zawsze. Jak nie z siebie, to z ciebie mogę być dumna. - zażartowała.
Od słuchania kolejnych punktów zawartych w regulaminie uratował nas dzwonek.
- Długa przerwa! Idziemy na dwór, czy do kawiarenki?- spytała Kasia
- Do kawiarenki, a potem na dwór- powiedziałam
- Wow!
- Co jest?- spytałam niczego nieświadoma
- O Boże! Nie! To on Nim jest!!!!
- Kaśka! O co ci chodzi?
Wskazała tylko palcem i wtedy zrozumiałam. Podążyłam wzrokiem za jej palcem i już wiedziałam.
- Kasiu, to tylko jakiś nowy chłopak. Nie jest taki zły, ale opanuj się!- wrzasnęłam w końcu i kilka głów odwróciło się do mnie. - Słuchaj, on jest nowy i dlatego wzbudza zainteresowanie. Kupimy coś i spadamy na dwór.- oznajmiłam
- O nie! Zostajemy!- rozkazała
- Jak sobie chcesz. Ja wracam do klasy.
- Hej! Chcesz mnie tu samą zostawić? Przecież to takie ciacho...- umilkła na chwilę- zaraz, zaraz... czy to przypadkiem nie u nas na czwartej godzinie lekcyjnej miał się pojawić jakiś nowy uczeń?- przypomniała sobie
- Może... Ale on miał tylko o sobie opowiedzieć. Bo jest starszy o rok. - dodałam
- Och! No tak! Jaka szkoda! To niy dlaczego nam ma o sobie opowiadać?- zapytała
- A ja wiem? To idziemy?
- Daj popatrzeć- prosiła
- Będziesz miała na to cały rok. Zbieramy się- zakomenderowałam
- Ostatni raz...
- No dobra! Nie rozumiem jednego. Jeszcze niedawno kochałaś się w Kamilu. Potem byliście ze sobą przez trzy miesiące i go znienawidziłaś. Warto znowu się w to pakować?
- Daj spokój! To nie ja unikam facetów jak ognia.
- Ja ich nie unikam. Po prostu...
- Co: po prostu?
- Ja po prostu unikam cierpienia.- odpowiedziałam- i tobie też to radzę.
- Gdybyśmy robiły to samo, to nigdy byśmy się nie dogadały, bo w przyjaźni chodzi o to, żeby się różnić- odpyskowała
- I masz ty rację!- odparłam
Nastała dłuuugo oczekiwana lekcja WOS-u, na której to ów chłopak miał nam się zaprezentować
- Cisza! Cisza! Jarek! Wyrzuć tę gumę!- rozkazał profesor Drapiński- nauczyciel starej daty, wymagający posłuszeństwa i pokory- lubiłam go. - Jak wiecie na dzisiejszej lekcji pojawi się ktoś nowy. Panie i panowie, oto Jakub Wojciechowski. Sam wam wszystko wyjaśni- po czym profesor zasiadł za swoim biurkiem i zajął się jakimiś papierami.
- Cześć! Mówcie mi Kuba.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że robiąc te maślane oczy zachowujesz się identycznie jak tamte panienki, które są w niego wpatrzone jak w obrazek?- szepnęłam do Kasi
- Nic mnie to...- usłyszałam tylko- Ciii...
- Pewnie zastanawiacie się, dlaczego tu jestem. Bez zbędnych wstępów... Kojarzycie z czymś datę 11 września 2001? Dwie wieże? - wszyscy tylko kiwnęli głowami- Tak myślałem. Ja tam byłem. Leżałem pod tymi gruzami jakieś paręnaście godzin. Jak widać- żyję... ale moi rodzice nie. Byliśmy wtedy w odwiedzinach u wujka, który mieszkał w Stanach od dwudziestego roku życia. Nagle usłyszeliśmy jakiś huk i pamiętam wystraszone oczy mamy. Ostatnie wspomnienie. Nie współczujcie mi, proszę. Wolę, jak się uśmiechacie. A, że opowiadam tę samą historię już czwarty raz dzisiaj, toteż błagam... nie róbcie się tacy smutni. Na czym to ja? Aha... Byłem nieprzytomny przez jakieś pięć godzin. Nie wiem.. Jak to dziecko- byłem też nieco przerażony. Nie krzyczałem jednak. Zacząłem szukać swoich rodziców. Wokół panowały egipskie ciemności i nic się nie poruszało. Kilka sapnięć jakiegoś nieznanego człowieka... Ani śladu rodziców. Potem znalazłem ciało taty. Nie oddychał, a oczy miał otwarte. Czułem, że na mnie patrzy, jakby specjalnie ich nie zamknął, bo wiedział, że go znajdę i że to mi pomoże przetrwać, bo miałem wrażenie, iż nade mną czuwa. Błogi spokój, a potem sen. Kilka godzin później dotarły do mnie jasne promyki słońca. Słyszałem czyjeś krzyki: "Ktoś tam jest! Tutaj! Szybko!". Nie wiem, co było dalej- straciłem przytomność... Następnego dnia obudziłem się w szpitalu. Pielęgniarka oznajmiła mi, że moi rodzice nie żyją. Wujek zresztą też nie ocalał. Lekarze mówili, że to cud. Przecież powinienem być martwy. Wyobraźcie sobie, co ja czułem, skoro wszyscy mówili po angielsku: i strażacy, i lekarze. Na szczęście znam ten język bardzo dobrze. I w tamtej chwili też go znałem, bo rodzice już o to zadbali. Jestem im niezmiernie wdzięczny za wszystko. Pod skrzydła wzięli mnie dziadkowie, których rodzinną miejscowością był właśnie Kazimierz. Zamieszkali w Warszawie- w naszym domu, kiedy... TO się stało. Pewnie dziwi was to, że dopiero teraz wylądowałem w Kazimierzu? Że to bez sensu? Tak na ostatni rok nauki? Może... Zmarł mój ukochany i jedyny dziadek, a babcia chciała go tu pochować. Wszystko stało się jeszcze w pierwszym semestrze drugiej klasy licealnej, ale babcia nie miała serca mnie wtedy zabierać i mieszać w głowie. Jeszcze jedno- ja nie jestem jednym z tych ludzi, którzy głoszą swoje świadectwo po całym kraju. Opowiadam to tylko wam, na prośbę profesora Drapińskiego. Nie każę wam wierzyć w Boga. Nie ma przymusu. Ja wierzę i się tego nie wstydzę. On mnie nie raz ratuje z opresji. To wszystko. Dziękuję.
Nagle w sali zapanowała cisza. Po kilku minutach wszyscy zaczęliśmy klaskać. To, co ten chłopak przeżył było nie do pojęcia. Wiem jak się czuł... przynajmniej w jednej czwartej.
Dzwonek...
- Wow! On był niesamowity! Jak ja mu współczuję!- powiedziała Kasia
- Wiem..- jęknęłam
- Przepraszam. Jestem bez uczuć! Hej! To wy macie wspólny temat!
- No wiesz? To nawet nie wypada...
- Antonino!- zawołał mnie do siebie pan profesor, jednocześnie przerywając rozmowę z Kasią
- Tak?
- Poznajcie się: Antonina, Kuba, Kuba, Antonina.
- Mania- poprawiłam
- Witaj Maniu- zwrócił się do mnie Kuba
- Cześć!
- To ja was zostawię, bo macie wspólne tematy. Taka terapia wam się przyda.- powiedział Drapiński i wyszedł, ciągnąc ze sobą ciekawską Kasię.
Zmarszczyłam na te słowa brwi.
- O jaką terapię mu chodzi?- spytał rozbawiony Kuba
- Nie mam zielonego pojęcia- odparłam
- ... a jeśli chodzi o te wspólne tematy, to..?
- Em... Ja... Hemmm... Bo ja też kogoś straciłam. W tym ataku terrorystycznym.
- Och. Tak mi przykro.- słychać było, że mówi szczerze
- To nic w porównaniu z tym, co ty przeszedłeś. Ja straciłam tam dziadków...
- ... a ja rodziców. Nie umniejszaj ich godności i znaczenia. Dziadkowie są równie ważni. Nasze cierpienie było podobne.
- Wow! Nie wiedziałam, że chłopak potrafi tak o tym mówić.
- Jeśli to komplement- dziękuję
- Uuu... Amm... To dzwonek na lekcje. Powodzenia! Musze lecieć na matematykę.- oznajmiłam i odwróciłam się do niego plecami
- Poczekaj. Hmmm... Porozmawiamy potem, co?- zapytał z nadzieją w głosie i zatrzymując mnie
- To będzie moja ostatnia lekcja, a potem spotykam się ze swoją mamą, więc...- właśnie teraz, kiedy mama oprzytomniała i przypomniała sobie, że ma córkę , musiał zjawić się on...ugh!!!
- Nie przejmuj się.- uśmiechnął się tylko
- Mam czas w sobotę. Moglibyśmy się spotkać. Ty, ja... moja przyjaciółka Kasia.
- I przyjaciółka. Chętnie spotkam się z przyjaciółką. - zażartował- Mogę prosić o twój numer?
- Mogę znaleźć cię na facebooku? O ile go masz...- wymigałam się od wymieniania się telefonami
- Na facebooku, hę? Rozumiem. Pewnie, że go mam. Takie czasy.
- To.. do zobaczenia!
- Na razie!
I pomknęłam na kolejny wykład z nuuuudnej matmy.
Po lekcjach przyjechała po mnie mama. Nie byłam miłośniczką buszowania po sklepach (zwłaszcza, że z Kasią, to średnia przyjemność), ale z mamą jestem gotowa na wszystko!
- Dziwne...- powiedziała mama, kiedy zmierzałyśmy w stronę centrum.
- Co takiego?- zainteresowałam się
- Kasia napisała mi SMS-a. ...
- Przecież często to robi. Co w tym dziwnego?- zastanowiłam się
- Chodzi mi o jego treść. Napisała, że odrzuciłaś propozycję spotkania się z jakimś chłopakiem z powodu buszowania po sklepach ze mną. To prawda? - popatrzyła nam mnie uśmiechnięta mama
- No... tak. Po prostu bardziej zależy mi na tobie niż na tym kolesiu- wyjaśniłam
- Podobno to nie jest tylko zwykły "koleś"...- drążyła temat mama, co było mi nie na rękę, a potem wszystko jej opowiedziałam.- Kochanie, samo to, ze wybrałaś spotkanie ze mną, niż z tym chłopcem sprawia mi wielką radość. Zakupy możemy zawsze zrobić. Choćby jutro, czy w niedzielę. Mam tydzień wolnego. Zresztą ty chyba też, tak?
- No przecież!!!- rozpromieniłam się na samą myśl. To dziwne- tydzień wolnego po pierwszym tygodniu nauki... odpowiedź: niedokończony remont! Na szczęście nie będziemy musieli nadrabiać, bo zawsze goniliśmy z materiałem i wyprzedziliśmy znacznie pierwszą klasę, więc...
- Moja droga, zawracamy się! Zmiana planów! Ty się z nim spotykasz, a ja zobaczę się z ciocią Zosią (mamą Kasi- one też przyjaźnią się od małego- mama Kasi jest dla mnie jak ciocia, a dla Kasi tę samą funkcję pełni moja mama). Dzwoń do niego! No przecież nie każę ci się z nim zaraz całować. Weź ze sobą Kasię. Chwila... ty nie masz jego numeru. No, mogłam się tego spodziewać, ale cóż...
- Mamo...
- Znajdź go na facebooku!- poleciła i zawróciłyśmy się w kierunku naszego domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz