sobota, 28 maja 2011

Wszystko dzieje się taaak szybko!!!

Boże! Dlaczego? Dlaczego się tak dzieje? Czemu dobrzy ludzie muszą cierpieć za grzechy innych? Jakim prawem tym ludziom odbierane jest życie? Dlaczego ich rodziny są na to wszystko skazane?! Przyznaję: NIE ROZUMIEM !!!
Dzień jak co dzień. Ten wolny tydzień zleciał mi bardzo szybko. Większość czasu spędziłam w szpitalu. Widok kroplówek, typowych łóżek i ten specyficzny zapach stały się nieodłączną częścią mojego życia. Wiedziałam, że będę musiała się z tym pogodzić.
Cudowna, słoneczna niedziela i świadomość, że trzeba będzie iść do szkoły, wytłumaczyć przyjaciołom, dlaczego przez cały ten czas nie dawałam znaku życia, zdawała się tworzyć kontrast z tym niezwykłym porankiem. Wyskoczyłam z sypialni jak z procy i wykonawszy wszystkie domowe czynności pojechałam do mamy (do piątku spałam w tamtej placówce razem z nią, a potem wróciłam do siebie- mama mi kazała!).
- Dzień dobry, mamo!- wykrzyknęłam, kiedy dotarłam na miejsce
- Witaj, kochanie! Mam dla ciebie dobrą wiadomość.
- Taaak? A jaką?
- Wracam dziś do domu! Wiesz, ten rak został dosyć wcześnie wykryty, więc wszystko idzie w dobrym kierunku.
- Mamo! To wspaniale!!!! Wow! A tata wie?
- Nie. Nie musi, bo to nie jego sprawa.- odpowiedziała spuszczając oczy
- Ale... powinnaś mu powiedzieć.
- Nie! I nie wracajmy do tego! Twój tata musi się teraz zająć Sarą. Między nimi ostatnio się nie układa.
- Aha- wybąkałam
- I proszę cię, żebyś nie próbowała żadnych sztuczek, skarbie.
- Dobrze.
Godzinę później byłyśmy już w domu. Przez dłuższy czas zastanawiałam się, co mam zrobić. W końcu coś postanowiłam...
- Mamuś, wychodzę!
- Żadnych głupot!- ostrzegła
I wyszłam. Po drodze zbyłam kilka telefonów od swojej kochanej przyjaciółki i od.... od Kuby. Miałam plan. Musiałam to zrobić. A gdzie szłam? Jako nieposłuszna córka udałam się do swojego ojca- wbrew woli matki.
Dwie ulice później byłam już przy domu taty i Sary. Dziwne... Nikt nie zakluczył drzwi. Postanowiłam, że zrobię im niespodziankę, wejdę do salonu i krzyknę: MAMA JEST W DOMU!!!
Niestety, coś pokrzyżowało mi plany. Stanęłam w przedpokoju i przysłuchiwałam się ich kłótni.
- Kochanie, zrozum!!!- krzyczała Sara
- Czego ty ode mnie oczekujesz?! Jakiejś aprobaty?! O co ci chodzi?!
- No zrozum, no!!! Ciebie nigdy nie ma w domu! Teraz jeszcze doszła twoja żona... Nie miałeś dla mnie czasu.
- A on miał?! To cię nie usprawiedliwia! Kto to? Kim on jest?
I wtedy uderzyło to we mnie jak grot. Ona go zdradziła! O nie! Wazon się stłukł! Zobaczyli mnie! Uciekłam...
- Tosia! Tosiu!- wołał za mną tata
- Marek, a co z nami?!
- Z nami? Nas już nie ma, Sara! Teraz przepraszam, ale muszę zająć się córką.
- No jasne! Leć za nią!
Sama w to nie wierzyłam. Tyle nieszczęść. Tyle smutku...
- Kochanie!- krzyczał ojciec
- Tato.. tak mi przykro. To moja wina... - mówiłam przez łzy
- Co? Nie, to nie twoja wina. Z Sarą już dawno się nie układało. Teraz już wiem, że to koniec. Proszę cię tylko, żebyś nie mówiła nic mamie. Nie chcę jej denerwować. A właśnie, wracasz od niej?
- Tato... mama jest w domu.
- To cudownie! Chodźmy do niej!
- No nie wiem... Może tego nie widzicie, ale jesteście do siebie bardzo podobni. Jedno nie chce martwić drugiego.
- Rozumiem. W takim razie powinienem jej wyznać prawdę.
- Niech tak będzie.
DOM. Matko!!! Tata powiedział, co mu leżało na sercu. Podsłuchiwałam z góry.
- Dlaczego? Marek... To twoja wina. Przepraszam, ale...
- Co?! Jak możesz tak mówić?! Ty ją bronisz!
- Marek! Już nie pamiętasz dlaczego się rozstaliśmy? Bo to praca zawsze była na pierwszym miejscu!
- Ale ty mnie nie zdradziłaś!
- Nie, ale... trzeba wybaczać.
- Joasiu, zawsze miałem cię za najmądrzejszą kobietę, ale ja nie potrzebuję w tej chwili twoich sprawiedliwych wyroków, opinii, tylko wsparcia.
- Och, Marek! Chodź...- i przytuliła go.
W tym momencie na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Po raz pierwszy od tygodnia. Wiedziałam, że to TEN moment. Wiedziałam, że jest dla nich szansa, ale byłam wtedy tylko siedemnastolatką balansującą na granicy dorosłego życia. Choć przez te wydarzenia poczułam się jak rówieśniczka swojej babci- mam na myśli doświadczenie życiowe- to nadal byłam tylko nic nierozumiejącym dzieciakiem.
Tata został u nas na noc. Mama przygotowała dla niego pokój gościnny. Z rana już go nie było. Mama zaproponowała mu, żeby zamieszkał z nami przez jakiś czas, więc po południu przyszedł już z walizkami. Nie chciał słuchać o możliwości powrotu do Sary. Nie było jej na miejscu, kiedy zabierał swoje rzeczy...
SZKOŁA (tymczasem) : ...
- Mańka, Mańka! Stój!- chwyciła mnie za ramię Kasia- Oczekuję jakichś wyjaśnień...
- Tosia!- to Kuba biegł w naszą stronę
- Dobrze, że jesteś. Sama nic z niej nie wyciągnę.
- Tosiu, dlaczego nie dawałaś znaku życia? Odchodziliśmy od zmysłów...- zwrócił się do mnie Kuba
- Jeden tydzień, a tyle się zdarzyło...- wybąkałam
- Chcesz nam o tym opowiedzieć?- zapytał
- Nie. Nie chcę, ale wiem, że muszę wam zaufać.
- Więc? Mańka! Mów!- rozkazała Kasia
Opowiedziałam im wszystko pokrótce. Wspomniałam też o Sarze i tacie, ale nie nie nawiązałam do swoich nadziei na lepszą przyszłość dla rodziców.
Lekcje minęły dość szybko. Kasia i Kuba zobowiązali się mnie odprowadzić pod same drzwi.
Rozstaliśmy się bez zbędnych komentarzy. Ich pełne współczucia miny troszeczkę mnie dobijały.
A wieczorem? Kiedy odrobiłam już lekcje, miałam chwilkę dla siebie. Podobało mi się to, że rodzice rozmawiali ze sobą wieczorem. W mojej głowie pojawiła się nowa wizja: ja, mama i... tata- razem. Musiałam się z kimś tym podzielić. Z Kasią? Nieeee...
- Halo?- odezwał się jakiś męski głos
- Kuba?
- Tak.
- Możemy się spotkać?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz